Tradycyjnie i z dystansem

Warsztaty są konieczne. Raz na jakiś czas warto wziąć udział. Nie tylko po to, żeby się nauczyć czegoś nowego. Może być to samo co zawsze (chociaż nigdy nie jest). Konieczne są dla odświeżenia perspektywy, ominięcia pułapki codziennej rutyny i dla weryfikacji ścieżki, którą się podąża.

Miniony weekend zapisuję pod znakiem Tarika Van Prehn w Yoga Republic. Tego warsztatu potrzebowałem jak kania dżdżu. Czułem, że muszę na chwilę wyskoczyć ze swojego pudełka, wyjść do ludzi, posłuchać co piszczy w trawie światowej asztangajogi. A Tarik jest nauczycielem o bogatym doświadczeniu. Z niejednego pieca chleb jadł – uczył w kilku krajach, poznał asztangę przez pryzmat różnych kultur, a sam praktykował w Majsurze pod okiem K. Pattabhi Joisa.

Są rzeczy ważne i mniej ważne. Prowadzący nasz warsztat wyraźnie oddzielił jedne od drugich. Poruszał się tylko w obszarze tych pierwszych.

Oddech jest ważny. Jaki oddech? Dokończony! Rozciągnięty na cały zakres objętości płuc. Taki oddech ustawia ciało od środka, prostuje sylwetkę w naturalny sposób. Wtedy nie potrzeba się specjalnie troszczyć o to, co gdzie przyciągnąć lub odsunąć i których mięśni użyć. Cała metoda asztangawinjasy na tym polega. Tym się też różni od metod skupiających uwagę na wyrównaniu zewnętrznym, kiedy uwaga musi podążać za instrukcjami nauczyciela albo wbudowanymi własnymi instrukcjami ustawień.

Jaki jeszcze? Wycofany! Umiejscowiony w obrębie gardła oddech szumu oceanicznych fal. Uddżaji. Bez tego nie ma asztangawinjasy. Jest jakaśtam winjasa. Dla mnie uddżaji jest elementem tak oczywistym, tak wbudowanym w całość, że nie wyobrażam sobie oddychania w inny sposób podczas ćwiczeń. Czasem się zastanawiam, jak odczuwają praktykę osoby, u których akcent przepływającego powietrza utrzymuje się wyraźnie w obrębie nosa. Jest powierzchowny. Spotykam się z tłumaczeniami w rodzaju “ja nie używam uddżaji, bo mi wysusza gardło”. Hmm… Przyznam szczerze, że słysząc je poddaję się i nie namawiam więcej. Takie chwile zasiewają we mnie wątpliwość. Są sprawdzianem, czy dobrze rozumiem to, czego uczę innych. Na szczęście istnieją warsztaty-przypominacze, oddzielające ziarna od plew 🙂

Bardzo ważna, naczelna zasada: “never sacrifice the breath” – nigdy nie poświęcaj oddechu w imię wykonania jakiegoś ruchu. I oczywiście każdy ruch synchronizuj z oddechem. Początek wdechu/wydechu inicjuje ruch, koniec – wieńczy. Kilkukrotnie wykonaliśmy popularne ćwiczenie “zawierania się” ruchu w oddechu, tzn. ruch ciała rozpoczynał się dopiero po chwili od rozpoczęcia wdechu/wydechu, który z kolei trwał jeszcze chwilę po zakończeniu ruchu. Metodyka często ucieka się do tego sposobu – lekkiej przesady, przerysowania. Poznajemy wtedy, gdzie są granice i wychodzimy poza nie, by potem w codziennej praktyce utrzymać się w nich z większą łatwością i poczuciem bezpieczeństwa.

“No dobrze, ale skąd taki tytuł postu?” ktoś zapyta. Racja, spieszę wyjaśnić zanim zapomnę 😉

Podoba mi się, kiedy prowadzący swoje wie i się tego konsekwentnie trzyma, a jednocześnie jest świadomy innych opcji. Potrafi się do nich odnieść bez narzucania swojego stylu. Tarik przyznał, że w kwestii praktyki asztangi ma podejście ortodoksyjne. Odradza ćwiczenie w dni nowiu i pełni Księżyca, na czas menstruacji sugeruje kobietom to samo, co Gurudżi (pierwszy dzień – bez ćwiczeń w ogóle, drugi dzień – bez głębokich skrętów i pozycji odwróconych, trzeci – lekka praktyka całej Serii), uczy wejść/wyjść do/z niektórych asan w bardzo konkretny sposób (np. Utthita Hasta Padangusthasana z podnoszeniem nogi wyprostowanej, wyjście z Sirshasana bez odrywania rąk od głowy). Z drugiej strony przyznaje, że sam czyni drobne ustępstwa od “tradycji”, np. przy drishti (punkcie skupienia uwagi) żartując przy tym, że najwyżej trafi do “piekła asztangi” (“ashtanga hell”) 😉

Dla mnie cenne było rzucenie nowego światła na kwestię odchylania głowy do tyłu (“drop the head back”) w pozycjach Utkatasana i Virabhadrasana A. Wielu nauczycieli zabrania (asekuracyjnie?) wykonywać tego ruchu, a przecież wystarczy odpowiednio ustawić resztę ciała i staje się on, nie dość, że bezpieczny, to jeszcze całkiem wygodny. Stanowi świetny równoważnik dla pochyleń do przodu, których w Pierwszej Serii mamy całe mnóstwo. Poza tym łatwiej utrzymać w nim stabilne drishti. Ja zmieniłem swój dotychczasowy sposób ćwiczenia z wydłużonym tyłem szyi na takie właśnie odchylanie. Odkrywam nową jakość 🙂

Nie samą fizycznością asztangi żyje. Asana i pranajama to dopiero 2 z 8 gałęzi. Resztę powinniśmy rozwijać również poza matą. Tarik omówił je w kilku zdaniach, co stało się tematem kolejnego wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.