Śpiewać każdy może. I powinien

W sobotę była impreza. Do domu wróciłem bardzo późno. Położyłem się spać o 2:20. To prawie 21 godzin od ostatniej pobudki! A kolejna już za 4 godziny. Jak długo można funkcjonować w takim trybie? Okazuje się, że długo. Kwestia gospodarki energią.

Intensywny dzień rozpoczęty półsenną praktyką asztangi o 6:30. Potem wyjście do pracy. Jedne zajęcia, przejazd mostem przez Wisłę i kolejne zajęcia. Po nich chciałem wreszcie odetchnąć, ale okazało się, że trzeba zastąpić koleżankę. Czyli trzecie zajęcia. Na wspomnianą imprezę miałem przygotować danie. Została mi godzina zamiast czterech, w które wliczyłem także popołudniową drzemkę. Pożegnawszy marzenia o drzemce uwinąłem się jak w ukropie przy blacie kuchennym. Noże, tarka, 2 palniki, 3 garnki, blender + zamieszanie wokół wprowadzania się nowej współlokatorki akurat w tym momencie (sic!). Ekspresowa pasta z soczewicy wrzucona do plecaka, prasowanie, prysznic i wyfruwam na zabawę.

Żebym jeszcze miał jakieś zapasy snu. Nic z tego. Piątek wcale nie był luźniejszy. Zaczął się o 4:10, skończył – tuż przed północą, po późnej lekcji kizomby. I czwartek podobnie – praca od 7 do 22. Dzień w dzień, 7 razy w tygodniu po 4 godziny snu (raz na jakiś czas dodatkowa godzina w południe). Nie wiem, czy to dobrze. Chyba powinien być jakiś day off. Nawet Pan Bóg odpoczął, kiedy już stworzył coś na swoje podobieństwo.

Ciekawi mnie dlaczego jeszcze się trzymam przy zdrowiu. Zima za oknem, w powietrzu dość wilgoci, by się zaziębić. Myślałem, że sama praktyka asztangi czyni ciało niezniszczalnym, ale przypadki innych osób tego nie potwierdzają. Przynajmniej 2 razy w tygodniu dostaję info o potrzebie zastępstwa, bo ktoś zaniemógł, zachorował, boli głowa, boli ząb, źle się czuje. Chyba ta joga nie bardzo działa. Może dieta? Też odpada. Nie jestem aniołem – zjadam junk food jak nie ma wyboru albo brakuje czasu.

Powoli docieramy do sedna sprawy i tytułu niniejszego postu.

Deepak Tikamdas, masażysta z Samadhi Joga, ma takie motto: “Im bardziej jesteś zrelaksowany, tym jesteś zdrowszy”. I o to właśnie chodzi! O umiejętność rozluźniania się. Może nie w 100%, bo całkiem zrelaksowany (mimo, że sztywny) jest dopiero nieboszczyk, a my raczej chcemy żyć pełnią Życia. Minimalne (najlepiej świadome) napięcie jest potrzebne. Ale już jego nadmiar (zwłaszcza nieświadomy) nas rujnuje, przejawia się chorobą ciała.

Co pomaga się rozluźnić? Ś P I E W A N I E !

Sobotnia impreza nie była zwyczajna. Była totalnie rozśpiewana, jak każda, na której gości Anna Przybysz. Ania od wielu lat prowadzi zajęcia wokalne (Power Sing), w tym regularne próby chóru gospel, do którego trafiłem 4 lata tamu. Każdy poniedziałek (w tym dzisiejszy) jest dla mnie małym świętem, rzadką okazją do tego, by w całym zabieganym tygodniu podnieść poziom wibracji i sił witalnych. Podobnie z naszymi imprezami. Po nich nie trzeba odpoczywać, jak po typowych, oklepanych, alkoholowych, Polaków-nocno-rozmownych, choćby nawet miały w sobie element tańca. One z reguły kończą się “efektem dnia następnego”. Nasze – wręcz przeciwnie. Nie ma znaczenia, czy się spało potem 4 godziny, czy 8. Wstajesz wypoczęta/y i zaczynasz nowy dzień 🙂

Dodatkowym atutem dla mnie jest otwarcie głośni. W niedzielnym grafiku mam rano Pierwszą Serię Prowadzoną asztangajogi. To wymaga otwartego gardła i silnej, rozluźnionej przepony przez 1,5 godziny. Wczoraj czułem, że mógłbym prowadzić te zajęcia dla 200 osób bez dodatkowego nagłośnienia…

Śpiewać każdy może i powinien. Bez znaczenia jakim tonem. Może być “fałszywy”. Jeśli jest prawdziwy wewnątrz, fałsz na zewnątrz usłyszą tylko ci, którym on przeszkadza. Ich problem. Ty śpiewaj. Korzystaj z każdej okazji. Śpiewaj solo, przed publicznością. Odważ się odsłonić. Śpiewanie solo uczy zdrowego egoizmu – egoizmu bez Ego. Przypomina o Wolności. Poniekąd nawet trochę trzeba mieć wszystko w dupie gdzieś. Wszystko i wszystkich. Prawdziwy artysta nie tworzy dla poklasku. Tworzy z siebie. Dopiero na dalszym etapie powstaje chęć dzielenia się. O takim etapie pisze Paulina – córka Ani, w swoim artykule. Byłem na tamtym koncercie, śpiewaliśmy po mszy, podczas której ksiądz powiedział “nie wolno nam fałszować”, jakby tymi słowami chciał niektórym zamknąć drogę do wydobywania piękna.

Każdy dźwięk ma w sobie piękno. A ja mam nadzieję, że coraz więcej osób na zajęciach asztangi w Samadhi Joga będzie chciało uczyć się mantry ;-). Już kilka takich osób jest i bardzo mnie to cieszy. Może dołączą inne. Przecież nie o to chodzi, by tę mantrę recytować idealnie. Warto zacząć od czegokolwiek. Odtwarzać słowa tak, jak się je usłyszało. Już od samego powtarzania energia się podnosi, tworzy się magia… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.