Uśmiechnąć się do śmierci

Jarzębi napo żegnanie

Jarzębi napo żegnanie

Wracam. Cały szczęśliwy. Pociągiem.

Lubię pociągi. Wiozą w siną dal.

Za oknem płachty zbóż. Przesuwają się.

Zielone i żółte. Piękny kraj.

Wszystko mi się podoba. Energia roz-pie-ra 🙂

Co takiego jest kursach Vipassany, że wskrzeszają Feniksa z popiołów? Przed wyjazdem miałem wszystkiego dosyć, a teraz mogę przenosić góry.

Aspekt fizyczny ma znaczenie, oczywiście. Dobry sen, zdrowe posiłki, prawie zero stresu. Przez 9 dni z rzędu post od godz 12 dał odpocząć układowi trawiennemu. Organizm się oczyścił.

Ale to tylko rąbek prawdy. Sedno tkwi w technice.

Warunki podczas kursu sprzyjają kreatywności. I choć nie taki jest cel pobytu, to jednak wewnętrzna pustka otoczona zewnętrzną ciszą spontanicznie zapełnia się pomysłami. Niektóre warte milion dolarów, inne – funta kłaków.

Czwartego dnia w przerwie między siedzeniami jeden z tych fajniejszych wpadł mi do głowy i postanowiłem go uwiecznić jako nowy slogan tej strony:

1% powagi, 99% zabawy

Genialnie oczywiste. Przeważnie zbyt serio traktujemy siebie, swoje zajęcie, przedmioty, związki i w ogóle całe swoje życie. Tworzymy napięcia. Po co? Dla zdrowia lepiej to zmienić. Bawmy się życiem. Zwłaszcza wtedy kiedy boli. Bawmy się tym, że boli.

Nie trzeba mi było długo czekać na weryfikację swojej teorii. Wieczorna medytacja była pierwszą z serii Adhitthana. Siedzenie Adhitthana to wyzwanie na każdym etapie praktyki, nie tylko dla początkujących. Zresztą spróbujcie w dowolnej pozycji, nawet bardzo wygodnej, zostać bez ruchu przez godzinę. A co dopiero w siedzeniu z wyprostowanymi plecami nisko przy podłodze. Moje tamtego dnia było baardzo ciężkie.

Po upływie dostatecznie długiego czasu bolało już prawie wszystko. Pękające od środka kolana, plecy w przeróżnych miejscach, ramiona, szyja i głowa. Najgorsze jest zawsze to, że nie wiemy ile czasu zostało do końca. Wtedy ból staje się potężniejszy.

Cóż więc ja próbuję? Uśmiech nr 1 :-). Wewnętrzny, z serca. A ból: nic. Trochę niby się schował, ale to było udawane, bo zaraz wrócił rozszerzony o kolejne partie ciała. Masakra. To ja uśmiech nr 2. Znowu na chwilę odwracam jego uwagę, ale on sprytny jest. Rozprzestrzenia się. Masakra do kwadratu. Już nie mam siły. Jeszcze bezskuteczny uśmiech nr 3 i… poddaję się. Nic już nie robię. Boli bardzo i dużo. Mam to gdzieś. W tym momencie rozlega się mantra oznaczająca rychły koniec medytacji. Gloria, alleluja, anicc?!

Zatem nie uśmiechem rozpuściłem zmorę, a wewnętrzną zgodą, akceptacją jej istnienia. Ból to doznanie jak każde inne. Fizyczne. Niestety zwykle dodajemy do niego ból mentalny i emocjonalny. Wtedy dopiero jest cierpienie! Spotęgowane.

Na wykładzie po tej medytacji była mowa o sensie praktykowania Vipassany. Dziwnym trafem (czyżby?) Goenka powiedział, że ostatecznym celem jest przyjęcie śmierci z uśmiechem. Żebyśmy byli gotowi, gdy nadejdzie nasz czas, uśmiechnąć się z serca do śmierci. Przypomniały mi się wtedy słowa Danny’ego Paradise’a, nauczyciela innej dyscypliny:

Ostatecznym celem ćwiczenia jogi jest z gracją się zestarzeć i z gracją umrzeć.

Prastare duchowe ścieżki mówią o tym samym.

Pobyt w Piotrkowicach był dla mnie błogosławieństwem. Jestem wdzięczny Polskiemu Trustowi Vipassany. Ci ludzie wkładają mnóstwo swojego zaangażowania w to, żeby praktyczne seminaria o Dhammie mogły się u nas odbywać. To cudowne, że możemy się uczyć jak żyć szczęśliwie i doświadczać bezpośrednich owoców tej nauki. Podobnie jak poprzednim razem, ogromne podziękowania składam również pomocnikom Dhammy. Czułem się zaopiekowany. Inni Uczniowie również.

Panował ogólny zachwyt nad pysznościami serwowanymi nam przez kuchnię. Znakomite wegańskie sosy (np. pomidorowo-cukiniowy z pierwszego dnia), cała gama surówek w sam raz na gorące lato, no i wszechobecne kiełki, po których energia wzrastała lepiej niż po kawie. Również deserami nas rozpieszczano (ten z piątego dnia można przemilczeć… chcieli dobrze 😉 a zrobienie ciasta z owsianki bez proszku do pieczenia to duża sztuka).

Cóż, jesteśmy krajem smakoszy. Dużą wagę przywiązujemy do jedzenia. Widać to także na kursach Vipassany. Nie wiem jak ich strona kulinarna wygląda za granicą, ale jadłospis polskich kursów kwalifikuje je do przemianowania na Wypasanę. Nieco skromniejszy sprzyjałby właściwej, skupionej pracy. A przy tak wyśmienitej kuchni ludzie zamiast medytować, spieszą się, żeby zająć dobre miejsce w kolejce do stołu, potem ogarniają wielką różnorodność kolorowego jedzonka wzrokiem, a nosem – miks zapachów, następnie łapczywie nabierają na talerz wszystko (bo przecież to jedyna w życiu okazja – w domu tego nie będzie ;-)) a na koniec z przejedzenia przesypiają medytację, wszystko jedno czy horyzontalnie w łóżku, czy na siedząco.

Hehe, łyżka dziegciu w beczce miodu na koniec wyszła… 😛

4 thoughts on “Uśmiechnąć się do śmierci

  1. świetny wpis 😛 – doskonale działa na wyobraźnię; trudno sobie wyobrazić lepszą reklamę dla tych kursów. pozdro

    1. dzięki 🙂
      komentarze pisane ludzką ręką są tutaj na wagę złota. jak dotąd nazbierało się kilkadziesiąt tego typu: “really nice article, very impressive. thanks for posting [… i adres internetowy spamera]” :-/

  2. aż mi się zachciało … tego dobrego jedzenia. Vippasana jeszcze dla mnie w dalekiej przyszłości.

    1. A może w całkiem bliskiej, Kasieńko 😉 – jesienią rusza kolejna edycja kursów. Zachęcam do przekonania się na własnej skórze, jak działa ta technika, niezależnie od obecnych przekonań 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.